Sporzenie wstecz a nawet jeszcze dalej niż wstecz:
Prawdziwa historia Adama i Ewy.
Ewa była biologiem - Szatniarką na Ponde. Średnio - zaawansowanej cywilizacyjnie planecie w konstelacji Klamki. A co ważniejsze, miłośniczką dobrej kuchni, a zwłaszcza zapraw, dokładnie dżemów. Lubiła swoją pracę. W azbestowych flakonach, modyfikowała, klonowała i rozmnażała bakterie wielkości ziemskich agrafek – Szatnie. Drobnoustroje, po uzyskaniu dojrzałości wypuszczała na wolność. Szatnie szybko rozprzestrzeniały się po całej Ponde. Żerując na materiałach wskazujących na zużycie 3 stopnia, przyczyniały się do naturalnej utylizacji starej pościeli, kombinezonów, obuwia, wycieraczek, sztucznych kwiatów, itp, czyli artykułów pierwszej potrzeby każdego Pondyjczyka. Taką właśnie miała Ewa pracę. Zajęcie może niezbyt widowiskowe, ale za to bardzo potrzebne. Była kobietą człekokształtną, wesołą i ciekawą świata. Wersja ogólna. Ewa była fajna. Wersja dla młodzieży. Skórę miała wielobarwną, czyli była po prostu łaciata. Wersja dla rasistowskich niedobitków. Lepiej dmuchać na zimne, bo lepszy szron niż niepotrzebne zużycie naboi do syfonu. Albo czegoś innego. Nieistotne w tym momencie. Poza tym… Ewa lubiła zwierzęta, dżemy i podróże. Miała węża Eryka i oswojoną szatnię Halinę. W czasie urlopu podróżowała po całej galaktyce dwusilnikowym, czerwonym Starem, szukając egzotycznych owoców na zaprawy. Podróżowała z Erykiem i zaprzyjaźnionym prezenterem telewizyjnym z kanału 53 - Adamem. Szatnia niestety wyżerała jej ścierki pokładowe, więc zostawała w domu.
Kiedyś, nasza trójka zapędziła się w pewien odległy układ słoneczny. Leżący na uboczu ubocza. Ukryty w kosmicznych chaszczach, niepozorny zbiór planet. Na małej wodnej planecie znaleźli ogród. Bardzo przyjemny, ładnie wygrabiony, z pięknymi owocującymi drzewami. Nazrywali ich mnóstwo do pondyjskich wiader, a potem zmęczeni, ale szczęśliwi, odpoczywali pod drzewami. Eryk, wielki łasuch i śpioch, tak samo leniwy jak długi, wyżerał ukradkiem z wiadra co słodsze jabłka, następnie zaszywał się gdzieś cichcem w ogrodzie, i owinięty na jakiejś gałęzi chrapał snem kamienia. Miła to była podróż i pełna radości. Zwyczajnie owocna. Przed odlotem, Ewa, Adam i Eryk zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie pod jabłonią. Kiedy aparat krzyknął – uśmiech! Wszyscy uśmiechnęli się szeroko. Najszerzej Eryk, owinięty wokół pnia między Adamem i Ewą. Nawiasem mówiąc, Eryk uwielbiał pozować do zdjęć. Wiedział spryciarz, że ma śliczne rzęsy i uroczy puszek na skroniach, nie wspominając już o wspaniałych, barwnych tatuażach na całym ciele. Za pomocą pinezki, Adam przypiął fotografię do pnia jabłoni. Patrzyli na nią przez moment. Wszyscy troje. W milczeniu. Po chwili Ewa odpięła zdjęcie i w matczynym odruchu ubrała je w foliową koszulkę. Przypięła ponownie do pnia i zmrużyła oczy. Ocena wypadła pomyślnie. Wyszli ładnie. Jeszcze tylko wycięli nożykiem inicjały E + A + E. Każdy swój w korze drzewa. Eryk rył najdłużej, ponieważ nie miał rąk. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Mieli czas, a poza tym, wąż był pupilem naszej pary i mógł sobie ryć ile chce. Pod inicjałami pojawiło się następnie - TU BYLIŚMY, a na koniec, u dołu, tak dla śmiechu – SŁONECZNY PATROL, i trochę na lewo – SZUKAJ NAS W KLAMCE. Oryginalne ryty ozdobiła na koniec uśmiechnięta koślawa buźka z wywalonym jęzorem. Dodziargana przez Eryka figlarza przypieczętowała los rodzaju ludzkiego. No i tak. Pośmiali się, pośmiali, i odlecieli. Pod wieczór, z wiadrami pełnymi gruszek, śliwek i jabłek.
Z czasem, znajomi naszej pary zaczęli przylatywać na Ziemię na urlopy i pikniki. Niektórzy zostawali. Osiedlali się na Ziemi. Niesnaski i wrogość zaczęły się po kilku miesiącach. Poszło o miejsce do grillowania. Doszło do rękoczynów. Kolonizatorzy pozrywali kontakty. Rozleźli się po całej Ziemi szukając każdy własnego miejsca. Z czasem zdziczeli. Popadli we wtórny analfabetyzm i głębokie zapomnienie. Porośli sierścią, a ich głównymi zajęciami stało się iskanie i rozmnażanie. 400000 lat później, pewnej środy, nasi przodkowie tarzając się wesoło w bagnie, odnaleźli zagadkowy obiekt. Uznali go za znak od bogów. Umyli i obsadzili w krowie łajno, najtrwalszy ówcześnie materiał zdobniczy. Śliczna samica z jabłkiem w dłoni i piękny samiec z czereśniami nasadzonymi na uszy, a między nimi potwór szczerzący kły. W pięknym ogrodzie, pod drzewem z dziwnymi znakami. Zapewne z zaklęciami demona i jego sprośnym, obelżywym portretem. Sprawa była prosta. Płaski obiekt przedstawiał prarodziców i monstrum. Pierwsza interpretacja była surowa i prosta - potwór zeżarł prarodziców. Potem wersję rozbudowano. Nabrała więcej finezji. Potwór ich omamił i rozdzielił. Poczęstował jabłkami. Skusił czereśniami. Dostali niestrawności i umarli w mękach. Ludzie ciągle ewoluowali. Talent pisarski rósł wraz z frustracją. Pojawili się kapłani. Jeden z nich, obity sandałem przez partnera, wściekły i dość oświecony, zapragnął zemsty. Dostało się matce, psu i Księdze Stworzenia. A wynikło z tego, co następuje: Potwór zeżarł wszystko i zakochał się w Adamie. By pozbyć się konkurentki podarował Ewie jabłko. W rzeczywistości bombę głębinową o wielkiej sile rażenia. Po upewnieniu się, że Ewa schowała owoc do torebki, ulotnił się z odurzonym Adamem w szponach i ze strasznym śmiechem na wstrętnych ustach. Nastąpiła potężna eksplozja. Jabłko wybuchło. Erupcja zniszczyła cudowny ogród. Mówiąc językiem młodzieżowym, nasza pramatka wypieprzyła w powietrze Raj wraz z sobą i praojcem. Cudowny ogród wcięło. Zostało, co zostało. Syf i beznadzieja. A wszystko to, przez bezmyślną kobietę. Złą kobietę. Służkę demona. Studnię nieczystości. Korytko upodlenia. Pudełko szlamu. Szklankę rozpaczy – Ewę.
Aaach! I to się sprzedawało najlepiej. Ta wersja zrobiła zawrotną karierę. Dramatyczna, z elementami horroru, kryminału i groteski. Zdecydowanie najlepiej dopracowana wersja. Królowała na Ziemi przez tysiąclecia, wpędzając rodzaj męski w obłęd i predyspozycję do okaleczania wszystkiego, co się da. Natomiast rodzaj kobiecy obdarzyła kompleksem niższości i niezachwianą wiarą we własną głupotę i niemoc. Cdn... Lub nie, zobaczymy.