niedziela, 27 listopada 2011

Megaaborcja

           Aborcja to przerwanie ciąży. Aborcja to przerwanie życia. Aborcja to przerwanie życia ludzkiego. Aborcja to słowo groźne, to poważny problem, bardzo trudny problem do rozwiązania. Można przerywać życie czy nie? Oczywiście pytam o ludzkie życie, bo inne niż ludzkie formy życia jak najbardziej można przerywać, to żaden temat tylko zwykła rzecz. 
               Tak naprawdę prawdziwe życie jest tylko jedno. Tylko człowiek, istota inteligentna, korona stworzenia (w odróżnieniu od zamieszkujących tę planetę bezmyślnych czasem ładnych, a czasem brzydkich biologicznych śmieci) żyje naprawdę. Ludzkie życie jest niezwykłe i bezcenne, pełne pasji, marzeń, odkurzaczy, chorób, ambicji, kabaretów, bogów, kart kredytowych, wazoników, urlopów, wzdęć, nadkwasoty, samotności i drapaczy chmur... Jednym słowem człowiek to cywilizacja i to my ludzie ją zbudowaliśmy. Człowiek to kolos tej planety. Można przerywać życie kolosa czy nie? Może jeden kolos zabić drugiego kolosa czy nie? Przyznaję, iż jest to pytanie podchwytliwe, bo odpowiedź jest dobrze znana, od co najmniej 5000 tysięcy lat. Odpowiedź brzmi – oczywiście, że można zabijać, a często nawet należy, powiem więcej, dzień bez zabijania to dzień nie do pomyślenia, rozrywka bez zabijania to żadna rozrywka, historia zabijania to historia ludzkości. Sobotnie kino bez śmierci, kalectwa czy gwałtu? Telewizyjne wiadomości bez przemocy? Nie da rady, absurd, nudy. Nie ma życia bez terroru i zgonu. Zabijanie jest fajne, ciekawe, śmieszne, energetyczne, jest sexy, ekstra.
          Arcymistrzowie aborcji są podziwiani od wieków, cenieni za siłę, rozmach, bezwzględność, fantazję, nawet dowcip: Cyrus Wielki, Ramzes Wielki, Aleksander Wielki, Czyngis-chan, Napoleon, Hitler, Stalin, Mao Zedong… Wielcy przerywacze życia, otoczeni czcią, wręcz kultem mają swoje pomniki i miejsca w podręcznikach szkolnych. To geniusze, ale i zwykli zjadacze chleba radzą sobie nienajgorzej. Zabijanie trwa na wszystkich poziomach z najprzeróżniejszych powodów: z nienawiści, z zemsty, z nudów, dla jaj, dla pieniędzy, dla ojczyzny, dla sławy, dla idei, z miłości, tak sobie, w imię sprawiedliwości, bo buty cisną, dla nauki, z poczucia bezsilności, przez przypadek, dla władzy, bo jakoś tak… Zabójstwo było i jest zabronione. Starzy bogowie zabraniali, współcześni też zabraniają. I nic. Boska perswazja za słaba na ludzkie namiętności. Tak po prostu jest. Wszyscy to wiedzą. Cóż można zrobić? Tak ten świat urządzony, że jak nie ja ciebie to ty mnie… Zabijanie, przemoc są powszechne, zwyczajne. Oswoiliśmy się z nimi. Dlaczego więc długość ciała ofiary wyzwala tak olbrzymie emocje? Człowieka do długości ciała 50cm nie wolno tykać, powyżej już tak. Dlaczego człowiek w łonie matki ma większe prawo do życia niż ten poza łonem?


poniedziałek, 17 października 2011

Współczesne polskie świątynie.


            Współczesne polskie kościoły mają zastanawiającą urodę, do której się niestety przyzwyczailiśmy. Szkoda. Szkoda, że przyzwyczailiśmy się do estetyki tego glutowatego tworu zwanego współczesną architekturą sakralną, która przypomina betoniarkę skrzyżowaną ze sztuczną nagrobną chryzantemą. Jeżeli ktoś ma wyobraźnię zrozumie od razu, jak trwała i niewydumana to konstrukcja, prosta wręcz surowa, dlatego starannie dobrane święte drobiazgi mają zapewne za zadanie uprzyjemniać jej wnętrze. Chwile modlitwy umilają więc czerwone, zamszowe serca oplecione drutem kolczastym, dyskretnie żarzące się lampki choinkowe, 1 gromnica, ekspresyjne, nieduże, nowoczesne płaskorzeźby przedstawiające tortury, monumentalne malowidła po obu stronach ołtarza często z psychodelicznymi aniołami o złych twarzach i w potarganych sukniach. Takie ot, tradycyjnie święte bibeloty. Skąd ta estetyka? Nieuctwo architekta? Niski budżet proboszcza? Może zwykłe lenistwo projektanta? A może?...
           A może estetyka ta jest odbiciem polskiej wiary? Mocnej, twardej, bo zahartowanej w bojach, trochę po słowiańsku sentymentalnej, okrutnej, romantycznej, dumnej, wystraszonej, dyletanckiej, wymizerowanej madonny? Może po prostu współczesne polskie SACRUM nie ma wyczucia, jest prostackie, gruboskórne i mieszka w zwalistych, topornych, tępych i brzydkich bryłach koniecznie szarych lub białoszarych, bo jak wiadomo skromna siność skłania nas do kontemplacji i myśleniu o dobrych uczynkach. To musi być zapewne tak pomyślane, że co spojrzysz na betonową fasadę kościoła serce ci blednie a dusza szepcze - nikt nie mówił, że będzie łatwo grzeszniku! Na kolana marny paprochu nim przekroczysz próg kościoła, kościoła z nazwy, bo z wyglądu bardziej obiektu przemysłowego wytwarzającego np. suplementy nawozów sztucznych dla zmodyfikowanych zbóż jarych o tytanowych łodygach i ziarnach wielkości damskiego portfela firmy Valentini, mających smak radzieckich cukierków z lat 70-tych, ale to tylko na początku, bo po zmieleniu ziaren i dodaniu ekstraktów zapachowych dokuczliwy zapach smaru rowerowego znika…
Lub rodzinnej fabryczki produkującej syntetyczną karmę dla każdego rodzaju dostępnych na rynku zwierząt tak samo dla tych jadalnych jak i głaskalnych…
Czy mini wytwórni siodełek do traktorów, kłodek, bulajów, gromnic, zawiasów, nakryć głowy dla bałwanów, czyli sztucznie postarzanych wiader i innych wyrobów żelaznych i przedmiotopodobnych…
Na mnie osobiście największe wrażenie robią dobrze chronione, sterylne enklawy, zasobne, z dobrze utrzymanymi trawnikami, brukowanymi chodnikami, wielkim kościołem i porządnymi budynkami parafialnymi. Pamiętam taki obiekt z Poznania. Na jednym z dużych osiedli znajduje się klejnot nowoczesnej architektury sakralnej - Zakład Utylizacji Odpadów Radioaktywnych wpasowany w trochę żartobliwą, ale i ładną bryłę eklektycznego zameczku należącego najprawdopodobniej do grafa Leopolda von Schwarza z gór Schwarzwaldu, który po tragicznej utracie wzroku w czasie jednej z pijatyk, przeszedł na katolicyzm i umarł. Jego grób znajduje się w Las Vegas.

Pogadałam sobie tak jak lubię a wracając do rzeczy… Nasze współczesne kościoły są tak smutne w swej brzydocie, że aż jest to podejrzane… Mam to rozwinąć?


środa, 12 października 2011

Oryginalność

W świecie, w którym żyjemy indywidualizm jest najważniejszy. Mówię oczywiście  o naszym świecie, naszej cywilizacji, tej rozwiniętej, zasobnej. Łatwo ją rozpoznać po wrogu, bo każdy świat ma swego wroga. Mianowicie, w krainach bogatych walczy się z otyłością i anoreksją, w krajach zacofanych, biednych tylko z anoreksją. Zresztą biedne połacie globu nas nie interesują, bo i tak istnieją tylko w telewizorze. Od dziecka, więc staramy się być oryginalni, niezwykli, inni, tego wymaga od nas świat, nauczyciele, rodzice, rówieśnicy bo na zwykłych zjadaczy chleba nikt nie patrzy. Oczy wszystkich zwrócone są na niezwykłych zjadaczy chleba, oni żerują inaczej, fajniej, możliwe, że nocą, trudno powiedzieć dokładnie ale i tak są super. Nacisk na indywidualizm rośnie wraz z nami, im jesteśmy starsi tym jest większy. Nacisk rośnie i rośnie a lata lecą. Gdy nacisk osiągnie maximum mocy - wgniata nas w ziemię. Osiągamy stan nieskończonej oryginalności, płaskiej i rozległej jak mongolski step. Trochę się człowiek pomęczył, ale warto było. Teraz wyróżniamy się z tłumu - jesteśmy jacyś! Hurrra! Ale człowiek ma pokrętną naturę. Osiągnął szczyt, fakt, że trochę płaski, ale jednak szczyt i jeszcze mu mało i źle jakoś. Ciągle źle. Ach ludzie! Daj palec to ci rękę wyrwą. No cóż, jak to się mówi - komu w drogę temu parasol.

wtorek, 11 października 2011

Kot

- Przepraszam bardzo, czy to jest kot czy kotka?
- Oczywiście, że kot! Nie widzi pan, że ma wąsy?!

piątek, 7 października 2011

Poranne uderzenia cd.

Czyżby skończyła sie słoneczna jesień? Dziś pierwszy deszczowy dzień. Wracam do księżnej. 18 księżna Alba skojarzyła mi się natychmiast z... malarstwem. Dokładnie tak. I to z malarstwem najwyższej klasy. Z malarstwem Diego Velazqueza i Francisca Goyi. Już tłumaczę. Francisco de Goya, świetny XVIIIw. hiszpanski malarz pozostawił sporo portretów 13 księżnej Alby, była jego protektorką, muzą, kochanką, kobietą urodziwą, ekscentryczną i lubiącą mężczyzn. Wystarczy zerknąć na obrazy Goyi by zorientowć się, że nasza panna młoda nie przypomina swojej słynnej pra-pra-pra...babki, za to przypomina inne postaci z obrazów malarza. Wyglądała by idealnie wśród zidiociałych członków rodziny zidiociałego króla Karola IV, wśród smutnych, wymiętych i brzydkich infantek z obrazów Velazqueza, wśród gnomów, karłów, potwornych klaunów wypełniających dwór hiszpańskich Habsburgów o smutnych, kaprawych oczach i obwisłej wardze. Wynaturzenia genetyczne hiszpańskiej linii królewskiej były uderzające. Piękna jest w tym wszystkim puenta. Mając tak brzydkich modeli, hiszpańscy malarze namalowali  jedne z najpiękniejszych obrazów, jakie kiedykolwiek namalowano na Ziemii, a księżna María del Rosario dziwacznie ale i idealnie według mnie wpasowuje w  hiszpanskie szaleństwo, dzikość, surowość, zmysłowość, wyrafinowaną estetykę i tradycję. Lubię Hiszpanię, to niezwykły kraj. Arcykatolicki obłęd i mocarstwowo-faszystowska skorupa zrobiły w powietrzu wielkie salto, wylądowały na obie nogi, wypuściły trującego bąka, odetchnęły, zrobiły szpagat, mostek, przysiad i wydały na świat Pedro Almodovara! Dla mnie symbol współczesnej Hiszpanii. Czyż to nie wpaniała transformacja? I wcale bym się nie zdziwiła gdyby Pedro i księzna Alba ujęci pod rękę spacerowali madryckimi bulwarami jedząc lody na patyku albo krówki z papierowej tutki. A ludzie pozdrawiali by ich wołając - Wszystkiego dobrego don Pedro! - Miłego dnia donia Maria! Dla mnie bomba!

czwartek, 6 października 2011

Poranne uderzenia

Pierwszą rzeczą, która mnie dziś rano uderzyła, a właściwie uderzyły były śliwki pod oczami, niestety moimi. Na szczęście śliwki były miękkie, więc zbytnio nie uwierały oczodołów, ale i tak czułam sie jak ktoś, komu całą noc wpychano do oczu brudne szmaty oblepione piaskiem. Bardzo nieprzyjemny typ zmęczenia. Nie lubię mieć zmęczonych oczu, a niestety często mam, bo nadużywam mych małych okienek na świat. Jednym słowem - nie wyspałam się. Po wzięciu prysznica śliwki zapadły się a szmaty zamieniły w firany. Zrobiło się trochę lżej. Drugie uderzenie było ciekawsze i należało do niusów dnia. Nius brzmi - 18 Księżna Alba wychodzi za mąż! Panna mloda ma 85 lat i olbrzymi majątek, fajne i takie sobie, takie rzeczy przestały juz dziwić. Nie o to chodzi. To, że jest ekscentryczna a przyszły mąż znacznie młodszy, też nic szczególnego. Chodzi o jej wygląd. To jej wygląd mnie zafascynował! Tak jak pięknie się nazywa - María del Rosario Cayetana Fitz-James Stuart y Silva - tak bardzo jest brzydka. Jej brzydota jest tak niewiarygodna, że aż fascynująca i o dziwo nie jest darem od Boga, ale od chirurgów plastycznych. O dziwo, bo jak wiemy z doświadczenia wszystko, co złe, paskudne i smutne serwuje nam Bóg, a to co fajne, smaczne i przyjemne - szatan. Wiadomo także, że dary boskie uszlachetniają i należy je przyjmować z radością a dary szatańskie psują i należy je (niestety) odtrącać. A odtrącać trudno, bardzo trudno. Przyjemne życie tak kusi... Niestety, niełatwo być dobrym człowiekiem, gdy ma się takiego Boga. W kazdym bądź razie to nie on pocharatał twarz księżnej. Gdy ją zobaczyłam na zdjęciach natychmiast staneła mi przed oczami 13 księzna Alba. Nie, nie znałam jej osobiście, jestem za młoda, chociaż z drugiej strony podobno już nie. Wszystko zależy od punktu widzenia, cdn...

środa, 5 października 2011

Kto przywita kosmitów?

Podobno mamy już pełnomocnika przy ONZ do spraw kontaktów z pozaziemskimi cywilizacjami, ma nim być astrofizyk pani Mazlan Othoman z Malezji. Wzmianki o tym wydarzeniu są nikłe, bo i co w tym ciekawego? Takie głupoty trochę. My ludzie mamy tyle innych ważnych, palących spraw na głowie: otyłość, głód, pracoholizm, bezrobocie, hedonizm, depresja, choroby, zdrowie. Nie, przepraszam, ze zdrowiem nie mamy już na szczęście kłopotów, ten problem został skutecznie rozwiązany a nawet zlikwidowany. Zdrowie, jako takie, już od dawna nie istnieje we współczesnych społeczeństwach. Mało, bo mało, ale zawsze coś zostało zrobione, no i do przodu.
Ale gdyby te bzdury okazały sie prawdą, gdyby tak się stało... Przypuśćmy, że przylecą jakieś człowiekopodobne kosmiczne polipy - obcy, to, kto powinien ich przywitać? Kto ma oprowadzić po planecie, zabawić rozmową, oczarować wdzięcznym wyglądem i luzackim dowcipem? Czy aby na pewno nikomu nie znana pani Othoman i jej wymięci współpracownicy w wyciagnietych swetrach i  niemodnych okularach? Wszyscy wiemy z amerykańskich filmów, że naukowcy są niezałapani, oderwani od rzeczywistości, no i nieładni. Czy takich Ziemian, jako pierwszych mają poznać kosmici? A może podejśc do sprawy inaczej? Może pokazać to, co mamy najlepsze? Wysłać tych, których najbardziej podziwiamy! Nie wstydźmy się! Wyślijmy tych, których najbardziej kochamy, tych z którymi się identyfikujemy! Wyślijmy Homo Sapiens sznanych i uwielbianych na całym globie, ludzkie superwzory, nasze cacuszka, nasze megagwiazdy! Wybor nie jest łatwy. Kandydatów jest wielu. Po dogłebnym rozważaniu tematu proponuję ekipę skromną, ale wyważoną: Cristiano Ronaldo, Brad Pit, Serena Williams i Doda. Wiem, wiem. Ostatnia z czwórki nie jest gwiazdą światowego formatu, ale jest fajna i nasza. Myślę, że Polska jako kraj wybitnie pacyfistyczny, kraj który dużo wycierpiał i walczył za innych Homo Sapiens ma prawo do własnego przedstawiciela. Czy taka ekipa nie byłaby bliższa 6 miliardom ludzkich serc, niż nikomu nie znani jajogłowi?

poniedziałek, 3 października 2011

Niedługo wybory

Trochę o polityce. Nie mam o niej większego pojęcia, mniejszego zresztą też. Ale to nie szkodzi, myślę, że nie wyróżniam się pod tym względem spośród współobywateli. Powiem co myślę.

Niedługo wybory parlamentarne. Zastanawiam się jaką partię wybrać? Tak naprawdę rozgrywka będzie się toczyć między dwiema największymi, liczącymi się ugrupowaniami. Wszyscy je znamy. Wybór nie jest łatwy - pierwsza z partii jest prawicowa i chce dobra kraju, druga też jest prawicowa i chce dobra kraju. Jak widać programy zmuszają do myślenia. I ludzie myślą z nadzieją, że coś wymyślą. Myślimy, roztrząsamy, dyskutujemy w domach, przy piwie, przy naleśnikach w knajpie, na forach internetowych i w końcu dochodzimy do wniosku, że trudno sie w tym wszystkim połapać i należy zdać się na instynkt, Czyli zastanowić się - Który z partyjnych liderów jest po prostu fajniejszy? Modyfikując pytanie do warunków panujących w naszym kraju - Który lider będzie jako premier mniej szkodliwy dla kraju? Myślę, że taka forma pytania jest nam bliższa, bardziej zrozumiała. Kogo więc wybrać na nowego premiera?

Z jednej strony mamy kandydata, który niczym szczególnym jako nadal urzędujący premier się nie wsławił: raczej zrównoważony, uprzejmy, w wystąpieniach publicznych nie stosuje wyrafinowanych obelg, cynicznych insynuacji, prostackich oskarżeń, nie wykonał spektakularnych czystek, bratał się z siąsiadami, nikogo nie wysłał na sybir, żadnych większych skandali, współpracownicy mało ekspresyjni, ich medialne wizerunki nie powalają, ich umiejętności dramatyczno-komiczne bez fajerwerków, nie ma właściwie na co popatrzeć. Wieje nudą. Lider mdły i bez polotu. Jedyny jego plus a właściwie dwa, to te, że jest Kaszubem i ma wilcze oczy. Chociaż coś ciekawego.

Drugi kandydat jest inny. To człowiek z pasją, co łatwo zauważyć w czasie jego wystąpień nawołujących do ratowania kraju. Nonszalancja, arogancja, cynizm, pogarda dla mniej rozwiniętych człekokształtnych, egocentryzm, mściwość, niewątpliwy talent do destrukcji, czyli niszczenia wszystkiego, co szkodzi Polsce, czyli jemu, bo Polska to on, posturę ma mierną ale charyzmatyczną, bardzo konsekwentny, przywiązany do krzyży i samolotów, otacza sie pracownikami zdolnymi medialnie: bezkompromisowymi czołgami młodej i starej daty produkcji. Nie ulega wątpliwości, mimo, iż wygląda jak człowiek z ciasta jest człowiekiem z żelaza. Czy takiego premiera nam trzeba? Nieustępliwego, surowego męża stanu czy spokojnego rządowego pracownika?

Jak mówiłam, niezbyt znam sie na polityce, prawdę mówiąc nie lubię jej. Wybiorę intuicyjnie, według własnych upodobań, temperamentu, wiedzy i niewiedzy. Ciekawe, kogo wybiorą Polacy? Nic do końca nie jest pewne znając nasze upodobanie do chaosu. to na tyle.

Prawdziwa historia Adama i Ewy

Sporzenie wstecz a nawet jeszcze dalej niż wstecz:

Prawdziwa historia Adama i Ewy.

Ewa była biologiem - Szatniarką na Ponde. Średnio - zaawansowanej cywilizacyjnie planecie w konstelacji Klamki. A co ważniejsze, miłośniczką dobrej kuchni, a zwłaszcza zapraw, dokładnie dżemów. Lubiła swoją pracę. W azbestowych flakonach, modyfikowała, klonowała i rozmnażała bakterie wielkości ziemskich agrafek – Szatnie. Drobnoustroje, po uzyskaniu dojrzałości wypuszczała na wolność. Szatnie szybko rozprzestrzeniały się po całej Ponde. Żerując na materiałach wskazujących na zużycie 3 stopnia, przyczyniały się do naturalnej utylizacji starej pościeli, kombinezonów, obuwia, wycieraczek, sztucznych kwiatów, itp, czyli artykułów pierwszej potrzeby każdego Pondyjczyka. Taką właśnie miała Ewa pracę. Zajęcie może niezbyt widowiskowe, ale za to bardzo potrzebne. Była kobietą człekokształtną, wesołą i ciekawą świata. Wersja ogólna. Ewa była fajna. Wersja dla młodzieży. Skórę miała wielobarwną, czyli była po prostu łaciata. Wersja dla rasistowskich niedobitków. Lepiej dmuchać na zimne, bo lepszy szron niż niepotrzebne zużycie naboi do syfonu. Albo czegoś innego. Nieistotne w tym momencie. Poza tym… Ewa lubiła zwierzęta, dżemy i podróże. Miała węża Eryka i oswojoną szatnię Halinę. W czasie urlopu podróżowała po całej galaktyce dwusilnikowym, czerwonym Starem, szukając egzotycznych owoców na zaprawy. Podróżowała z Erykiem i zaprzyjaźnionym prezenterem telewizyjnym z kanału 53 - Adamem. Szatnia niestety wyżerała jej ścierki pokładowe, więc zostawała w domu.

Kiedyś, nasza trójka zapędziła się w pewien odległy układ słoneczny. Leżący na uboczu ubocza. Ukryty w kosmicznych chaszczach, niepozorny zbiór planet. Na małej wodnej planecie znaleźli ogród. Bardzo przyjemny, ładnie wygrabiony, z pięknymi owocującymi drzewami. Nazrywali ich mnóstwo do pondyjskich wiader, a potem zmęczeni, ale szczęśliwi, odpoczywali pod drzewami. Eryk, wielki łasuch i śpioch, tak samo leniwy jak długi, wyżerał ukradkiem z wiadra co słodsze jabłka, następnie zaszywał się gdzieś cichcem w ogrodzie, i owinięty na jakiejś gałęzi chrapał snem kamienia. Miła to była podróż i pełna radości. Zwyczajnie owocna. Przed odlotem, Ewa, Adam i Eryk zrobili sobie pamiątkowe zdjęcie pod jabłonią. Kiedy aparat krzyknął – uśmiech! Wszyscy uśmiechnęli się szeroko. Najszerzej Eryk, owinięty wokół pnia między Adamem i Ewą. Nawiasem mówiąc, Eryk uwielbiał pozować do zdjęć. Wiedział spryciarz, że ma śliczne rzęsy i uroczy puszek na skroniach, nie wspominając już o wspaniałych, barwnych tatuażach na całym ciele. Za pomocą pinezki, Adam przypiął fotografię do pnia jabłoni. Patrzyli na nią przez moment. Wszyscy troje. W milczeniu. Po chwili Ewa odpięła zdjęcie i w matczynym odruchu ubrała je w foliową koszulkę. Przypięła ponownie do pnia i zmrużyła oczy. Ocena wypadła pomyślnie. Wyszli ładnie. Jeszcze tylko wycięli nożykiem inicjały E + A + E. Każdy swój w korze drzewa. Eryk rył najdłużej, ponieważ nie miał rąk. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Mieli czas, a poza tym, wąż był pupilem naszej pary i mógł sobie ryć ile chce. Pod inicjałami pojawiło się następnie - TU BYLIŚMY, a na koniec, u dołu, tak dla śmiechu – SŁONECZNY PATROL, i trochę na lewo – SZUKAJ NAS W KLAMCE. Oryginalne ryty ozdobiła na koniec uśmiechnięta koślawa buźka z wywalonym jęzorem. Dodziargana przez Eryka figlarza przypieczętowała los rodzaju ludzkiego. No i tak. Pośmiali się, pośmiali, i odlecieli. Pod wieczór, z wiadrami pełnymi gruszek, śliwek i jabłek.

Z czasem, znajomi naszej pary zaczęli przylatywać na Ziemię na urlopy i pikniki. Niektórzy zostawali. Osiedlali się na Ziemi. Niesnaski i wrogość zaczęły się po kilku miesiącach. Poszło o miejsce do grillowania. Doszło do rękoczynów. Kolonizatorzy pozrywali kontakty. Rozleźli się po całej Ziemi szukając każdy własnego miejsca. Z czasem zdziczeli. Popadli we wtórny analfabetyzm i głębokie zapomnienie. Porośli sierścią, a ich głównymi zajęciami stało się iskanie i rozmnażanie. 400000 lat później, pewnej środy, nasi przodkowie tarzając się wesoło w bagnie, odnaleźli zagadkowy obiekt. Uznali go za znak od bogów. Umyli i obsadzili w krowie łajno, najtrwalszy ówcześnie materiał zdobniczy. Śliczna samica z jabłkiem w dłoni i piękny samiec z czereśniami nasadzonymi na uszy, a między nimi potwór szczerzący kły. W pięknym ogrodzie, pod drzewem z dziwnymi znakami. Zapewne z zaklęciami demona i jego sprośnym, obelżywym portretem. Sprawa była prosta. Płaski obiekt przedstawiał prarodziców i monstrum. Pierwsza interpretacja była surowa i prosta - potwór zeżarł prarodziców. Potem wersję rozbudowano. Nabrała więcej finezji. Potwór ich omamił i rozdzielił. Poczęstował jabłkami. Skusił czereśniami. Dostali niestrawności i umarli w mękach. Ludzie ciągle ewoluowali. Talent pisarski rósł wraz z frustracją. Pojawili się kapłani. Jeden z nich, obity sandałem przez partnera, wściekły i dość oświecony, zapragnął zemsty. Dostało się matce, psu i Księdze Stworzenia. A wynikło z tego, co następuje: Potwór zeżarł wszystko i zakochał się w Adamie. By pozbyć się konkurentki podarował Ewie jabłko. W rzeczywistości bombę głębinową o wielkiej sile rażenia. Po upewnieniu się, że Ewa schowała owoc do torebki, ulotnił się z odurzonym Adamem w szponach i ze strasznym śmiechem na wstrętnych ustach. Nastąpiła potężna eksplozja. Jabłko wybuchło. Erupcja zniszczyła cudowny ogród. Mówiąc językiem młodzieżowym, nasza pramatka wypieprzyła w powietrze Raj wraz z sobą i praojcem. Cudowny ogród wcięło. Zostało, co zostało. Syf i beznadzieja. A wszystko to, przez bezmyślną kobietę. Złą kobietę. Służkę demona. Studnię nieczystości. Korytko upodlenia. Pudełko szlamu. Szklankę rozpaczy – Ewę.

Aaach! I to się sprzedawało najlepiej. Ta wersja zrobiła zawrotną karierę. Dramatyczna, z elementami horroru, kryminału i groteski. Zdecydowanie najlepiej dopracowana wersja. Królowała na Ziemi przez tysiąclecia, wpędzając rodzaj męski w obłęd i predyspozycję do okaleczania wszystkiego, co się da. Natomiast rodzaj kobiecy obdarzyła kompleksem niższości i niezachwianą wiarą we własną głupotę i niemoc. Cdn... Lub nie, zobaczymy.